Brak obsługi JavaScript

Państwa przeglądarka ma wyłączoną obsługę Java Scriptu bądź go nie obsługuje.

Część funkcjonalności serwisu nie będzie dla Państwa dostępna.

Zalecamy włączenie obsługi Java Scriptu bądź zainstalownie innej przegląrki np.: Fire Fox-a

Za utrudnienia przepraszamy.


Jeśli twoje dziecko dobrze gra na instrumencie i czysto śpiewa, to mówią: „ale talent”. A jeśli fałszuje, to pytają: „kto je uczy?”. Taki żart powtarzali sobie nauczyciele muzyki, którzy spotkali się w Olsztynie, by rozmawiać o szkole przyszłości

W Dywitach zaczęli z wysokiego C

Michał Radkowski

Zlikwidujmy oceny, stwórzmy przedszkola muzyczne, wyrzućmy zbędną teorię z programu nauczania - takie pomysły, niczym hasła wyborcze, co chwila padały na sali. Zgłaszali je uczestnicy pierwszej w Polsce konferencji naukowej poświęconej edukacji muzycznej. Na dwa dni do stolicy Warmii i Mazur zjechali nie tylko nauczyciele, dyrektorzy i pedagodzy ze szkół muzycznych, ale też studenci i wykładowcy uczelni artystycznych.

Byli także goście z zagranicy. A to dlatego, że konferencja była elementem projektu „Rozwiń skrzydła”, współfinansowanego przez Fundację Rozwoju Systemu Edukacji. Dzięki niemu grupa prawie 40 nauczycieli z wiejskiej szkoły w Dywitach podglądała, jak pracują ich koledzy w szkołach muzycznych na Islandii, w Finlandii i Austrii, uznawanych za jedne z najlepszych w Europie. Chodziło o to, by nie poprzestawać na metodach, które sprawdzały się w Polsce 20-30 lat temu, ale wprowadzać pomysły, które rozwijają wyobraźnię dzieci, pobudzają ich kreatywność i poprzez zabawę zachęcają do edukacji muzycznej.

Dużo radości, mało stresu

Bo z tą edukacją - delikatnie mówiąc - nie jest najlepiej. - Mamy społeczeństwo ludzi niewykształconych muzycznie. Nie czujemy zażenowania, że nie znamy kompozytorów - mówił ze smutkiem dr Damian Labiak, muzyk i pedagog ze szkoły w Dywitach. W tej niewielkiej wsi, położonej 6 km od Olsztyna, w 2010 r. otwarto szkołę muzyczną. Powstała z pasji. Dziś ma 4 filie, pracuje w niej ok. 100 nauczycieli, a jej uczniowie wygrywają kolejne konkursy. Dzieci są oswajane z dźwiękami przy zastosowaniu nowoczesnych metod podejrzanych w Reykiaviku i Helsinkach. Polscy nauczyciele zachwycili się atmosferą panującą w tamtejszych szkołach. - Widziałem dużo radości, a mało stresu i pośpiechu. I to, co mnie szczególnie ucieszyło - tam była minimalna liczba dokumentów do wypełnienia, a u nas każde działanie musi zostać odnotowane i wpisane w odpowiednią rubryczkę - opowiadał Tomasz Michalak, akordeonista, solista i kameralista, nauczyciel w szkole w Dywitach.

Ogrodnik, generał, treser czy strażnik?

Jak mówi Michalak - Sercem systemu edukacji jest pedagog. Zresztą to zdanie padało podczas konferencji najczęściej. - Najważniejsza jest ciągła edukacja nauczycieli. Oni muszą się tak samo szkolić, jak ich uczniowie - mówiła Minna-Maria Pesonen, dyrektor East Helsinki Music Institute w Finlandii. Z kolei dr Labiak krytycznie spojrzał na swoje środowisko. - My wszystko wiemy najlepiej, uczniowie często nas się boją, nadal funkcjonuje model mistrz-uczeń, nierzadko brakuje nam kompetencji komunikacyjnych - podkreślał. Podał nawet typy nauczycieli opisane z perspektywy ucznia: ogrodnik jest nastawiony na opiekę, generał - na władzę, treser - na sukces, a strażnik to ten, do którego przychodzą ci zmuszani przez rodziców do nauki.

Oceny naprawdę potrzebne?

A edukacja muzyczna powinna być przyjemnością. Na przykład w Finlandii przez kilka pierwszych lat w szkole nie stosuje się ocen. - Gdy rozmawiałem o tym z panią Pesonen, nie potrafiłem przytoczyć żadnych sensownych argumentów, że te oceny muszą być, bo każdy skutecznie obalała - przyznawał Janusz Ciepliński, dyrektor szkoły muzycznej w Dywitach. - Oceny są szczególnie motywujące dla najlepszych, mogą natomiast zniechęcać dzieci, które na piątki i szóstki mają szanse niewielkie.

Uczmy od małego

Pedagodzy z Dywit podkreślali też, że w krajach, w których gościli powszechne są ogniska muzyczne organizowane już dla kilkulatków. I wtedy na sali padł pomysł. - Niech w każdej gminie w Polsce powstanie szkoła muzyczna. Niech wszystkie dzieci będą umuzykalnione. Przecież muzyka rozwija, kształtuje i uwrażliwia człowieka - zachęcała prof. dr hab. Małgorzata Suświłło z Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

A w Polsce niestety brakuje przedszkoli muzycznych. - Dziecko już od małego powinno chodzić na zajęcia przez rok czy dwa lata i potem samo decydować, czy chce kontynuować naukę. To byłby taki czas próby jeszcze przed szkołą - sugerowała Dorota Hermanowicz, dyrektor Powiatowej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Olsztynie.

McMurphy wygrywa

Niezależnie od tego, kiedy dziecko po raz pierwszy zetknie się z dźwiękami, ważne będzie, w jaki sposób. Dlatego narzekano, że za dużo jest teorii, a za mało zajęć zachęcających do zabawy muzyką. Podkreślano, że polski system edukacji muzycznej jest przestarzały i nie zmienił się od ponad 70 lat. - Pamiętajmy, że tu bardziej chodzi o to, by kształcić melomanów, a nie muzyków - podkreślał Michalak.

Dyrektor Ciepliński mówił dużo o pragnieniu wolności i autonomii szkół muzycznych. Narzekał, że program wymusza trzymanie się pewnych wytycznych, które krępują kreatywność nauczycieli. - Ale konferencję skończę odwołując się do filmu Miloša Formana „Lot nad kukułczym gniazdem”. W wojnie McMurphy - siostra Ratched jest 1:0 - zażartował. Słowa wzbudziły aplauz na sali. - Mam nadzieję, że będziemy robić taką szkołę, o jakiej marzymy i jakiej chcemy.

Rozmowa z Januszem Cieplińskim, dyrektorem szkoły muzycznej w Dywitach

Warto marzyć. Tak bym najkrócej podsumował te dwa dni.

- To prawda. Nasza konferencja zrodziła się z marzeń, ale też z programu, który realizowaliśmy. Gdyby nie wyjazd do Finlandii i na Islandię, to nie byłoby wielkiej inspiracji i potężnej dawki energii, którą dostaliśmy. Tutaj chcemy zarazić nauczycieli pewną wizją świata, edukacji, wolności, której tam doświadczyliśmy. Spełniają się marzenia. Cieszę się, że realizujemy je konsekwentnie.

Od kilku ładnych lat. W 2010 roku we wsi liczącej dwa tysiące mieszkańców powstała szkoła muzyczna, która ma cztery filie, na pięcioro uczniów przypada jeden nauczyciel, a kadra kształci się za granicą.

- Wtedy uczyłem w szkole w Olsztynie. Grałem też w filharmonii, bo jestem trębaczem. Wiedziałem, że wiele dzieci z moich okolic nie miałoby szansy dojeżdżać na zajęcia do Olsztyna. I tak w 2009 r. spotkaliśmy się w kilka osób przy kominku w moim domu. Zaczęliśmy marzyć o szkole w Dywitach.

Jeszcze trzeba ją było stworzyć.

- Byłem radnym i przekonywałem swoich kolegów, że warto taką szkołę powołać. Rozmawiałem z wójtem, potem ze starostą. Dostałem zielone światło. Wreszcie pojawiła się pozytywna opinia wizytatora z Centrum Edukacji Artystycznej. I tak powstała samorządowa szkoła, choć pieniądze na nią nie pochodzą z powiatu tylko bezpośrednio z budżetu Ministerstwa Kultury.

Jakie były początki?

- To wszystko zaczęło bardzo szybko i fajnie działać. Miałem ten przywilej, że tworzyłem szkołę od zera i mogłem dobrać sobie nauczycieli. Ze wszystkimi jestem na „ty”, bo dla mnie są partnerami. Bliski jest mi taki model zarządzania szkołą i wcale nie wyklucza braku szacunku do nauczycieli.

Jest pan spokojny o przyszłość swojej szkoły?

- Niestety nie. Wokół szkół samorządowych panuje ostatnio niezbyt dobra atmosfera. Pewnie część z nich powołano w sposób nieodpowiedzialny, ale my w pocie czoła pracujemy na dobrą markę. Przebudowałem swoje życie, zostawiłem karierę solisty, muzyka filharmonii, bo dostrzegłem misję w uczeniu dzieci. Ale teraz słyszę, że urzędnicy chcą zlikwidować nasze filie albo przekształcić je w samodzielne szkoły. A to świetnie funkcjonuje. Każda filia ma swoją specyfikę i indywidualny rys, a jednocześnie łączymy potencjał: mamy wspólną orkiestrę, zespoły, rady pedagogiczne. To jest unikalny model w Polsce. W Finlandii czy na Islandii to standard.

Podczas konferencji wielu gości narzekało na polski system nauczania w szkołach muzycznych.

- Autonomia i wolność. Te słowa padły tu kilkukrotnie. To klucz do dobrej szkoły. Dlatego moją rolą jako dyrektora jest przede wszystkim inspirowanie nauczycieli i dawanie im wolności. Sam też chciałbym dostać taką autonomię. I dlatego liczę na dobrą współpracę. Jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, chodzi o to, by budować lepszą Polskę. Kompetencje muzyczne i kulturowe tworzą obywateli aktywnych, podejmujących świadome decyzje, angażujących się w życie publiczne, zmieniających świat. Naszych podopiecznych uczymy odwagi, umiejętności interpersonalnych. Oni wiedzą, jak mają funkcjonować wśród innych, jeżdżą po świecie, przestają się bać. Ich rodzice zaczynają chodzić do filharmonii. Ile razy słyszałem: „panie dyrektorze, nie wiedziałem, że to jest takie fajne”.

Planuje pan już kolejne wyjazdy dla nauczycieli za granicę?

- Oczywiście, że tak. Węgierski Instytut Kultury jest zainteresowany taką wymianą doświadczeń. Metoda wychowania muzycznego Zoltana Kodaly’a jest nam bardzo bliska. Będziemy też współpracować ze Skandynawią. Mamy podobne podejście do dziecka i do tego, jaka ma być edukacja. Dlatego będziemy aplikowali o kolejne środki, ale najpierw musimy trochę odpocząć.

Rozmowa z Dorotą Obijalską, nauczycielką skrzypiec w szkole w Dywitach

Z panią to nie jest zwykła lekcja gry na skrzypcach.

- Od kilkunastu lat uczę metodą Suzuki. Wymyślił ją jeszcze przed wojną Japończyk, Shinichi Suzuki, który za swoje podejście do edukacji był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. O co chodzi? Dzieci uczą się gry na instrumentach w taki sam sposób, w jaki uczą się mówić w języku ojczystym. Czyli najpierw słuchają rodziców, a potem powtarzają proste słowa. Czytać zaczynają dopiero, gdy potrafią się swobodnie porozumiewać. Tak samo dzieje się z grą na instrumencie. Dziecko najpierw słucha pięknych, perfekcyjnych wykonań, a potem stara się to samo zagrać, ale bez nut.

Czyli uczą się na słuch.

- Ta metoda jest fantastyczna, szczególnie sprawdza się u małych dzieci, dwu- lub trzyletnich. Ale jest przeznaczona też dla starszych.

To alternatywa dla tradycyjnego nauczania.

- Bo kiedyś dzieci zaczynały się uczyć w wieku 6-7 lat od czytania nut, czyli dopiero wtedy, kiedy już potrafiły pisać. Tutaj proces edukacji przebiega bardzo szybko. Dzieci grają ładne utwory, nie ma nudnych ćwiczeń i gam. Bardzo ważnym elementem tej metody jest praca w grupie.

Bo dzieciaki wzajemnie się motywują?

- Dzieci mniej zaawansowane widzą te, które lepiej sobie radzą. To naprawdę bardzo ładnie brzmi, jak z maluszkami grają starsze dzieci. One się nawzajem napędzają. Zaangażowani są też rodzice. Bez ich udziału nie ma edukacji dzieci. Najpierw rodzice zaczynają grać w stopniu podstawowym, by potem stać się nauczycielami dla swoich pociech w domu. To jest konieczne, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu. Rodzic, który nigdy nie grał na instrumencie, niewiele pomoże własnemu dziecku. Musi przynajmniej nauczyć się podstaw. Można patrzeć, jak nauczyciel prowadzi lekcje, ale to nic nie da, jeśli mama lub tata nie potrafią ułożyć odpowiednio ręki na smyczku i wydobyć kilku dźwięków. Jeśli się pracuje z dzieckiem, to efekty są świetne.

Rodzic dostaje od pani wskazówki?

- Często kilka pierwszych lekcji poświęca się rodzicowi. I to działa mobilizująco na dziecko, które nie może się doczekać, kiedy nadejdzie jego czas.

Mówi się, że są osoby, które nie mają słuchu. Czy metoda Suzuki zadaje temu kłam?

- Jeżeli dziecko zaczyna się kształcić poniżej piątego roku życia i słucha płyt z perfekcyjnie nagraną intonacją, to w mojej karierze nie zdarzyło się jeszcze, żeby nie słyszało. To potwierdził Suzuki w Japonii, gdzie masowo uczy się dzieci gry na instrumentach. Tam prawie 80 procent najmłodszych ma słuch absolutny. A to potwierdza tezę, że wszystkie dzieci mają słuch muzyczny. To kwestia edukacji. Jeśli mama fałszuje, to dziecko też będzie fałszować, bo ma doskonały słuch i powiela to, co słyszy. W naszej szkole w Dywitach mamy całkiem liczną grupę uczniów, którzy od wielu lat zajmują czołowe miejsca w konkursach ogólnopolskich. To dowód na to, że metoda jest skuteczna. Ale najważniejsze w metodzie Suzuki jest budowanie osobowości dziecka tak, by był to piękny, wrażliwy człowiek. I o to tak naprawdę chodzi, a nie o kształcenie profesjonalistów.

Mogła się pani o tym przekonać także w szkole w Reykiaviku.

- Bardzo się cieszę, że tam pojechałam. Chciałam zobaczyć, jak metoda Suzuki jest realizowana w innych krajach. Na miejscu robiłam mnóstwo notatek, przywiozłam stamtąd masę pomysłów. Uczestniczyliśmy w fantastycznych zajęciach rytmiczno-ruchowych i sami się przy tym świetnie bawiliśmy. To były ćwiczenia na koordynację, ale wymagały między innymi liczenia. To szczególnie przydatne w edukacji małych dzieci. Bardzo mi się spodobało, w jaki sposób pokazać uczniom, jak buduje się oktawy. Nigdy w życiu bym nie wpadła na pomysł, że tak, jak jest 7 dni w tygodniu, tak jest 7 dźwięków.

Chodzi o to, by działać na wyobraźnię dziecka.

- Przez zabawę do nauki. Bryan Wayne, amerykański trener i instruktor tenisa ziemnego, napisał książkę o tym, jak wychować mistrza w sporcie, w sztuce, w nauce. Tam przeczytałam, że element zabawy zawsze jest potrzebny, bo dzięki temu uczymy się znacznie szybciej i skuteczniej.

Po powrocie do Dywit wdrażała pani podpatrzone rozwiązania?

- Od razu zaczęłam wprowadzać te pomysły i są już w moim repertuarze dydaktycznym. Każde nowe ćwiczenie dla dziecka jest takim „wow”, wiem, że je zainteresuje.

Podczas konferencji sporo było narzekania na to, jak działa system edukacji w Polsce. Mimo wszystko wraca pani z optymizmem?

- Wiele osób w dyskusji podkreślało, że liczy się nauczyciel, jego osobowość, pasja, umiejętności. Zawsze mówię, że każda metoda jest na tyle dobra, na ile dobry jest nauczyciel, który się nią posługuje. Uczymy pewnie podobnie, jak 100 czy 200 lat temu, ale najważniejsze jest, by dzieci pokochały muzykę. Nie chodzi o to, żeby zostać zawodowym muzykiem. Tak może się stać przy okazji. Ale gros uczniów takich szkół, jak nasza, udaje się zarazić muzyką i sprawić, że dzięki niej stają się wrażliwi. Gdy znany wiolonczelista Pablo Casals pojechał na koncert do Japonii, na którym jednocześnie grało 2000 dzieci, przepięknie, równo, zachwycająco, to powiedział, że to jest to, co może uratować świat. I coś w tym jest, bo rzeczywiście muzyka łagodzi obyczaje i sprawia, że jest wrażliwość w człowieku. A jak człowiek jest wrażliwy, to nie jest zły. Mówi się, że dwoje ludzi, którzy grali kiedyś ze sobą, nigdy na siebie nie podniesie ręki. W Japonii, której mieszkańcy uchodzili kiedyś za najmniej kreatywny naród świata, odbywają się teraz największe i najważniejsze konkursy skrzypcowe czy fortepianowe. Ogromna w tym zasługa masowej edukacji muzycznej, która tę kreatywność obudziła. Ja na przykład założyłam orkiestrę w Olsztynie złożoną z osób, które ukończyły średnią szkołę muzyczną, ale studiowali na bardzo różnych kierunkach. Dlatego w zespole mam farmaceutę, architekta, filozofa czy informatyka. I ci ludzie kochają muzykę i przepięknie grają na instrumentach, prawie jak zawodowcy.

Potwierdza pani to, co dziś tu usłyszałem: kończąc szkołę muzyczną drugiego stopnia człowiek ma większe kompetencje niż z dyplomem uczelni muzycznej.

- Bo akademia kształtuje osobowość artysty, a umiejętności gry na instrumencie zdobywa się do końca szkoły średniej. Uczę kilkoro wspaniałych dzieci, niezwykle zdolnych, które wygrywają konkursy ogólnopolskie i gdyby szkoła w Dywitach nie powstała, to by nie było się kim zachwycać. To są dzieci, które w tej chwili są znakomite, a być może za 10 lat będą wzruszać miliony. Więc twórzmy szkoły muzyczne, bo oprócz tego, że będziemy mieć pięknych, wrażliwych ludzi, to jeszcze wyłowimy perełki, które będą cieszyć uszy milionów ludzi na całym świecie. I o to chodzi.

Artykuł autorstwa Michała Radkowskiego powstał w ramach projektu „Mobilni dziennikarze programu Erasmus+